Świętość języka
Przyjechał brat z usługą, wszyscy zadowoleni, zbudowani, bo tak pięknie potrafi mówić, a ja się będę czepiać. I to nie w kwestii poglądów, ale języka. To może taka szkolna nadwrażliwość. Nasłucham się mowy brzydkiej, niechlujnej i daję sobie prawo oczekiwać, by zza niedzielnej kazalnicy słyszeć słowa najpiękniejsze, a już przynajmniej niepospolite.
Usługujący przypomniał piękną historię kiedy to Eliezer, sługa Abrahama, pojechał wybrać żonę Izaakowi. Dla mnie ta biblijna opowieść ma urok szczególny. Uwaga zza kazalnicy pokazująca pozytywy postaci Rebeki, że dzieweczka przy studni mogła podróżnym powiedzieć "a co, rączki was bolą? Chcecie wody? Możecie sobie sami naczerpać…" była dla mnie, niestosowna. Gdy takie rozmowy toczą się przy popołudniowej herbatce, sprzeciwu nie wywołują, ale takie wtręty w oficjalnych wystąpieniach, jakoś nie pasują.
I jeszcze jedno zdanie: "bo jeśli ktoś nie kapuje, na czym polega różnica pomiędzy ofiarą za grzech, a okupem, no to…" Niedawno, w sposób niezwykle precyzyjny i jasny, to zagadnienie włożył nam inny brat gość. Nie z lekceważeniem, że ktoś tam wśród słuchających "nie kapuje", ale z prawdziwą lubością, że sam rozumie, że zachwyca go prostota i logika boskiego planu, nam o tym powiedział.
Nie mam też nic przeciw opowieściom humorystycznym, bardzo lubię jako przerywniki, gawędy br. Grzegorza, ale jakoś nie pamiętam w jego wypowiedziach próby czynienia pospolitym języka Biblii. Jeśli śmiał się, to z naszych codziennych przywar i słabostek.
Czepiam się drobiazgów? Możliwe, ale "odrobina kwasu…"
Elżbieta Dz.