Czas wesela

      I po.
      Wiele miesięcy przygotowań, utracone nerwy, niepokoje i po wszystkim. Małżeństwo zostało zawarte. Córka zadowolona, goście twierdzili, że też, a ja?
      Zadowolona, że mam to za sobą. Zarzekałam się, że nie robię żadnego dużego wesela. Przed własnym ślubem zresztą też. Gości było dużo, znajomi łapią się za głowę, skąd ty ich wzięłaś?
      A wśród różnych poweselnych opinii jakoś szczególnie wszyscy rozkoszują się zdaniem obsługi - baliśmy się, bo takiego wesela jeszcze nie robiliśmy. No i takich chcemy więcej. I chór dopowiada, że było spokojnie, nikt nie był pijany. Ale dlaczego to wywołuje takie komentarze i tyle radości? Potrzebna nam taka opinia by się dowartościować? Lepsi jesteśmy bo nie pijemy wódki, nie tańczymy i jeszcze czegoś tam - nie?
      Na pewno tej pani, która orzekła, że na weselu gdzie nie ma tańców i wódki nie chciała by być, pokazaliśmy, że tak lubimy. I bawimy się całkiem dobrze.
      I chyba to było najważniejsze - dzielenie się radością. G. zupełnie się nie spodziewał, że zostanie przyłączony do grona weselników, tak ładnie się cieszył. I siostra, która do końca nie wiedziała czy może być, choć bardzo chciała, bo nie była jeszcze na "badackim" weselu, żegnała się zadowolona bardzo.
      I jeszcze ucieszyła mnie radość sąsiadów. Jest u nas obyczaj dzielenia się ciastem, przyniesiono młodym prezenty, ale mam radość, że to otworzyło choć na chwilę ludzi na siebie. Dowiedziałam się o chorobach, smutkach, radościach ludzi, których spotykam czasami pod blokiem, a nigdy nie ma czasu porozmawiać
      I utwierdzam się w przekonaniu, że ważniejsze jest co robię dla bliźniego, samo uczestnictwo i czegośtamnierobienie, niczego nie dowodzi.

Elżbieta Dz.